piątek, 5 grudnia 2014

Podróże kształcą?

Podróże kształcą.
Uczysz się, że można inaczej. Wolniej, bliżej, prościej.
Że nie ma jednej drogi, a jednak wszyscy wykonujemy podobne gesty, mamy wspólne tematy, śmiejemy się w tych samych momentach.
Przede wszystkim uczysz się siebie. Poznajesz swoje granice.
Decydujesz czy jesteś w stanie, a przede wszystkim, czy chcesz je przekroczyć. Musisz dokonać wyboru.
Stajesz się bardziej sobą.
Niemożliwe staje się życie "po staremu".
Zastanawiasz się nad swoimi decyzjami. Próbujesz coś zmienić. Nie zawsze wychodzi ci to na dobre.
Tesknisz. Miewasz "flashbacki" - przypominają ci się obrazy, dźwięki, smaki i zapachy. Nie potrafisz znaleźć sobie miejsca.
Podróże szkodzą.

czwartek, 4 grudnia 2014

Czas podsumowań

I tak po 20 dniach spędzonych w Indiach nadszedł czas na podsumowanie.
8 miast/miasteczek, 7 hoteli, 4 wewnętrzne przeloty, jeden przejazd długodystansowym pociągiem, niezliczona liczba kursów metrem, kolejką podmiejską i rikszami.
Za co lubię Indie:
1. Jedzenie. Tanie, smaczne, różnorodne. Zaryzykuję stwierdzenie, że indyjska kuchnia jest najlepsza na świecie.
2. Zapachy. Tych przyjemnych znacznie więcej niż nieprzyjemnych.
3. Wagony dla kobiet w metrze. Osobne okienka na dworcach i kolejki do kontroli bezpieczeństwa na lotniskach.
4. Zwierzęta. Wszytkie, z naciskiem na ptaki.
5. Totalny brak agresji. Nie czułam się zagrożona nawet przez moment. Wszystkie napotkane osoby były nastawione pozytywnie.
6. Kolory. O tym chyba było.
Za co ich nie lubię:
1. Głodne zwierzęta. Wiem, jestem okropna, ludzie mnie nie ruszają. Wychudzony szczeniak dostanie moje jedzenie.
2. Tłumy ludzi. Czasem człowiek chciałby pobyć sam. Tu się chyba nie da. Albo ja nie umiem.
3. Ceny wstepu do zabytków dla obcokrajowców. Czuję się oszukana.
Nie umiem powiedzieć czy przerazające opowieści znajomych o Indiach są przesadzone, czy może miałyśmy szczęście czy jesteśmy dość ogarnięte (travel smart!). Pewnie wszystkiego po trochu.
Na koniec: polecam. Czy wrócę? To temat do omówienia przy winie :)

Hotele w Indiach

19 dni, 6 miejsc, 7 rożnych hoteli, rożnych przez wielkie R!

1. The Leela Palace, New Delhi
Z lotniska odebrano nas wypasionym BMW, które potem podjechało przed bramę hotelu. Tam otworzono maskę, bagażnik oraz sprawdzono podwozie. Przy samym wejściu lotniskowy skaner, potem kontrola osobista (oczywiście osobna dla kobiet). W lobby obskoczyła nas przemiła obsługa, wieniec z cudnie pachnących kwiatków i check in na kanapie. W naszym pokoju wszystko o czym można pomysleć. Cena ok 1500zł za noc w tym 3 posiłki w hotelowej restauracji. Basen na dachu z podgrzewaną wodą.



2. JW Marriott, Chandigarh
Tu procedury odbioru z lotniska podobne, także sprawdzanie samochodów i skanowanie bagażu. Hotel inny, mniej indyjski ale równie 'wypasiony'. Kafejka w lobby, restauracja all inclusive i oczywiście basen na dachu (tym razem brak podgrzewanej wody haha!)




Jak tu nie zwariować?

3. Kempinski Leela Hotel, Mumbai
Kolejny hotel z sieci The Leela wiec wiele rzeczy jest podobnych. Ale ten hotel nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, już nie wiemy czy ze zmęczenia czy może zrobiłyśmy sie takie wymagające?! 😜
Inaczej niż pozostałe ma pare małych sklepików z biżuterią i pamiątkami. Poza tym basen w ogrodzie ale ani razu go nie odwiedziłyśmy.
Dziwny pokój z jakimś okno-lustrem. Naprawdę niepotrzebnym dziwactwom hotelowym mówimy NIE. Dochodzi tez do tego ze mylimy piętra i numery pokojów... Masakra!
(Zdjeć brak)

4. Le Meridien, New Delhi
Kawał drogi od lotniska, wiec po drodze zaliczamy pół miasta. Lokalizacja super - tuż obok India Gate, pięknie ale ponoć wielu wydało jęk zawodu jak zobaczyło sam gmach hotelu. Haha rozpuszczone gwiazdy!
Hotel gigant, prosty i raczej nowoczesny, basen, restauracje, sklepiki - standard 😂

Najlepszym gadżetem tego hotelu była interaktywna posadzka w lobby! Wyświetlali na niej rożne kształty (zwierzątka itp.) i jak sie po tym chodziło, to one tez sie poruszały!

Największy problem hotelu... jak zmęczony człowiek kładzie sie spać i pół godziny mu zajmuje rozkminienie jak wyłączyć światło a potem znajduje takie coś:




5. Eco Leisure Resort and Spa, Colva Beach, Goa
Po opływaniu w luksusach przyszedł czas na... No wlasnie na co?
To był mój pomysł - domek na plaży i sama sie tam musiałam wkitrać z moją walizka! Domek bambusowy, jak sama nazwa wskazuje wszystko eko. Brak cieplej wody ale w panujących tam upałach w ogóle sie tego nie zauważa. Łóżko super twarde, prawie sama deska, nad nim moskitiera dzięki Bogu!
W nocy męczyły nas: szum morza, spadające kokosy, kraczące ptaki itp. Ale chyba bardziej nas to śmieszyło bo po nie przespanej nocy i tak wylegiwałyśmy sie na plaży...



Nasz zamek w drzwiach 😂

6. Oy's Home stay, Cochin, Kerala
Dla mnie zdecydowanie najgorzej spędzona noc. I nie chodzi o samo miejsce, bo w miarę czysto i w porządku ale...
Upał, hałaśliwy wentylator, komary, jakieś procesje, wybuchy... Generalnie większości nocy walczyłam z komarami a potem usiłowałam zasnąć, bez skutku!

7. Ashiyana, Varkala, Kerala
Niebo na ziemi, zwłaszcza po dwóch ostatnich lokalizacjach. Czysto, przestronnie, cudownie cicho. Wszystko jak należy! Przemiły właściciel. 
Ale jeśli tu wrócimy to do innego hotelu! Trzymamy kciuki Kasia za Twój hotel MK Gardens!





Podsumowując... Normalnemu człowiekowi wiele do szczęścia nie trzeba i te wszystkie hotelowe wynalazki sa może fajne dla tych, którzy z niego nie wychodzą. Dla mnie liczy się czystość, położenie, funkcjonalność. A jak wiadomo czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Irytują mnie hotele w których czuje się jak debil bo nie umiem wyłączyć światła albo zasłonić zasłon.

Indie pokazały jak wielkie sa tu różnice klasy. Są Indie super bogate i te super biedne. Jest też odrobinę tego co pośrodku. Poprostu pełen wachlarz. 

Jedno co to wszystko łączy to na pewno KOLORY. Dlaczego my żyjemy tak smutno?!

wtorek, 2 grudnia 2014

Zachody słońca

Muszę przyznać, ze widziałam już wiele zachodów słońca, ale te najpiękniejsze są zdecydowanie w Indiach.

Zachód słońca w Varkali:




Dzisiejszy dzień spędziłyśmy na niczym, pełen relaks. Spacer po plaży...




Pozdrawiamy :-)


poniedziałek, 1 grudnia 2014

1 grudnia

Pierwszy dzień grudnia rozpoczął się dość wcześnie.
Najpierw ze snu obudziły nas komary.
Potem tuż pod domem rozległy się strzały. Nic szczególnego - zapewne jakaś religijna tradycja.
Tuż  przed wschodem słońca uaktywnili sie muzeini (zdumiewająco wiele meczetów napotakłyśmy w Koczin)
Na koniec przeszła procesja głośno modląc się zapewne juz przed Bożym Narodzeniem.

Nasze miejsce noclegowe jednak nie zachęcało do długiego przebywania w nim więc jeszcze przed 9 rano wyszłyśmy na śniadanie do zaprzyjaźnionej kafejki.

Oy's Cafe przypomina te na warszawskiej Pradze. Serwuje nawet porządną europejską kawę. Fajne to czy nie? Najwyraźniej większość przyjezdnych uważa, że tak, bo po pół godzinie nie było gdzie usiąść.

Po śniadaniu powędrowałyśmy zwiedzić Pałac Mattancherry (wstęp 5 rs!!!) i Synagogę Pardesi. Uch, turystów multum, i co za tym idzie, mnóstwo sklepów i naganiaczy. Dałyśmy sie skusić na parę wydatków, ale o tym potem.

Wracając na drugi koniec miasteczka uznałyśmy, że jesteśmy już dobrze przystosowane do tutejszego trybu życia, bo totalnie wyluzowane łazimy środkiem drogi lawirując między rikszami, skuterami, samochodami i innymi stworzeniami poruszającymi się po drogach.

I tak zrobiłyśmy jeszcze trochę zakupów i dokończyłyśmy zwiedzanie. Bazylika Santa Cruz w Koczin jest naprawdę niesamowita!

A na koniec dnia kolejne doświadczenie - podróż indyjskim pociagiem (indyjska sieć kolejowa jest najwieksza na świecie)! Z opowieści przerażającym i zatłoczonym pełnym natrętnych mężczyzn! Przygoda? ;)

niedziela, 30 listopada 2014

Cochin

Do Koczin leciałyśmy liniami spice jet, których kazdy samolot ma nazwę innej przyprawy. My leciałyśmy anyżkiem fuuujjj...

Specjalnie dla kolegi Grzesia (M.)

W ogóle z obserwacji Indii wynika, ze tu do każdej pracy potrzeba dwa razy więcej ludzi...

Na lotniskach 50 razy zatrzymują i stempluja torby potem 50 razy sprawdzają te stemple... Do rozładunku bagażu przylatuje wesoła ekipa z 10 panów i chyba więcej tam jest śmiechu niż pracy... Dziś przy wysiadaniu z samolotu ta wataha hindusów nie ogarnęła przystawienia schodów haha


Tak poza tym jesteśmy już Kerali, w Kochin. Straaaasznie duzo tu turystów, pseudo hindi albo wyglaszajacych hasła free Tybet i z ogoloną głowa... Nie lubimy...

Z lotniska do naszego noclegu jechałyśmy taxi, która potem musiała wjechać na prom! Bo tutaj to taka trochę hinduska Wenecja.

Jutro dzien zwiedzania a wieczorem jeszcze bardziej na południe - kierunek Varkala.




sobota, 29 listopada 2014

Dzień robala!

Dzisiejszy dzien w Goa zaczął sie troszkę nerwowo... Jako, że mieszkamy w bambusowym domku na plaży to siłą rzeczy dzielimy go z innymi lokatorami...

Np. koleżanka żaba spod prysznica czy chuda jaszurka zza plecaka. Był jeszcze jeden większy jaszczur ale dzisiejsza niespodzianka to wielki robal buszujący w środku walizki. Skończyło sie tak, ze walizka wylądowała na werandzie (z piskami w tle)!

Na śniadaniu w mleku z płatkami a raczej w płatkach z mlekiem, znalazłam ze dwie mrówki.

Pozostałą część dnia  spędziliśmy leżąc w cieniu łódki! Haha, tak tak, jest upalnie a przy łódce miło wieje wiatr od morza (arabskiego)!



Woda jest cudownie ciepła i ja byłam dziś  milion razy popluskać sie.

Na lunch postanowiłyśmy sie nie najadać i kupiliśmy ananasa. 



Ananas okazał sie gigantem, wiec z przejedzenia poszłyśmy z powrotem na plaże!

Tym razem więcej cienia bo M nie opanowała instrukcji obsługi plaży! I G tez już sie zabrazowiła i zaróżowiła miejscami.


Kolejny zachód słońca...

Jutro Kochi, Kerala!








piątek, 28 listopada 2014

Kolory Goa

Co tu robić cały dzien w Goa?
Spać sie nie da bo morze szumi...
Trzeba plażować! Woda jest perfekcyjna! A wieczorem robi sie cieplejsza niż powietrze...

Codziennie tez pięknie zachodzi słońce!
Chyba najpiękniejszy zachód słońca jaki widziałam...


Poza tym jemy ciagle stop u Eltona... Haha 
Jest jakiś najnormalniejszy i ma fantastyczne jedzenie. Ma tez pięknego szczeniaczka!



Ceny w Indiach

Ceny w Indiach zdecydowanie mnie męczą. I nie dlatego, że są wysokie. Dlatego, że mają ogromną rozpiętość.

(100 rupii zaokrąglam do 5 złotych, żeby było łatwiej liczyć)

Kolację w barze przy plaży można zjeść za około 200 rs czyli 10 złotych - tanio, nie? Ale bilet na mombajski pociąg podmiejski, druga klasa, kosztuje 10 rupii (50 groszy). Czy to znaczy, że pociąg jest supertani czy jedzenie jest drogie?

Bilet na metro w Delhi (odcinek około 20 km) to wydatek 15 rupii. Ale podobny dystans taksówką w Mombaju to koszt 560 rs!!

Najmniej zapłaciłam 2 rs za wstęp do toalety. Najwięcej... 300 rs za puszkę Coca-coli w hotelu. 30 razy więcej niż bilet na pociąg!

Możecie sobie wyobrazić to w Polsce?
Cola za 120 złotych (przy bilecie za 4 zł). Nawet najdroższe hotele są tańsze.
Albo bilet za 7 groszy (przy puszce za 2 zł).

Do tego gigantyczne różnice w cenach biletów wstępu do różnych miejsc (Taj Mahal - 750 rs dla przyjezdnych, 20 rs dla lokalesów!!, różnica niemal czterdziestokrotna!!) i można się kompletnie pogubić.

Nie wiem już co jest drogie, a co tanie. Moja głowa jednak pilnuje zer i 500 rs za taksówkę z lotniska do hotelu to dla mnie dużo. A przecież w Polsce za 25 złotych odjechałabym jakieś 3 km od domu (II strefa).... hmmm....

czwartek, 27 listopada 2014

Beeeeeaaaaachhhh

Jesteśmy już obie w Goa!

Inna strona Indii! Pięknie, spokojnie, plaża, ciepłe morze Arabskie...

3 dni nic nie robienia! Jest pięknie!







środa, 26 listopada 2014

Wszyscy jadą do Goa!

Okazuje się, ze nie tylko my miałyśmy tak genialny pomysł aby po lidze odpocząć na południowo zachodnim wybrzeżu Indii! Połowa ludzi pracujących przy turnieju też się tam wybiera a nawet kilku zawodników!

Somdev Devvarman nawet zaproponował abyśmy sie cała grupą spotkali na Goa i dawał mi swój numer telefonu i maila...

M już tam jest a ja będę za pare godzin!



GOA!

A ja po samodzielnie spedzonym dniu w Bombaju dotarlam do Goa!

Dwa slowa o Bombaju:
Coś jest w tym cholernie zatłoczonym mieście, ze chce się wrócić. Wczoraj szlajalam sie po okolicy wieczorem i nie mogłam sie napatrzeć i nawąchać.
A dziś doswiadczylam ewakuacji lotniska. Niezla akcja.

kurcze chcialan wiecej cos napisac, ale mily Pan przyniosl goan fish curry.



wtorek, 25 listopada 2014

Wyprawa do kina!

Dziś rozdzielilyśmy sie z M na dwie noce, jako ze ja musiałam wrócić do Delhi na finał ligi. 

Lot był znów wielkim przedsięwzięciem. Na raz odprawiało sie 40 osób i jak tu zrobić żeby nie zapłacić nadbagażu bo tu w Indiach standardowy limit to 15kg. Udało sie! Aha Leander Paes jest tutaj traktowany jak król! Przyjechał na lotnisko  40min przed lotem a na pokład wszedł dosłownie 15min przed wylotem. Z pocałowaniem ręki go witano!

W Delhi kolejny wypasiony hotel, tuż obok Gate of India.


Ale co tam, nie będziemy przecież siedzieć w hotelu. Moi znajomi zabrali mnie wiec na kolacje w wielkim nowoczesnym centrum handlowym.

Chińska restauracja, dim sum, niemieckie piwo i mojito! Co za mix!


Ale głównym celem wyprawy był wypad do kina. Poszliśmy na film z Denzelem Washingtonem Equalizer. Dobry ale brutalny, przy 10 trupie przestałam liczyć!

Kino prawie jak polskie ale... Ostatni rząd to nowoczesne rozkładane fotele z podnóżkami jak biznes klasa w samolocie! Film na leżąco? Proszę bardzo!

Fotele standardowe tez lekko sie rozkładają! A w połowie filmu jest krótka przerwa reklamowa na toaletę i zakup dodatkowego popcornu!

Nowoczesne Indie!!!!!


Film okazał sie bardzo długi i jak tu wrócić do hotelu na drugim końcu miasta? Przecież jak riksiaz usłyszy nazwę hotelu to nas oskubie. Trochę ściemniania i nasza riksza w 20min była na miejscu a to za niecałe 15zl. Sunął niczym bolidem F1 ponoć dlatego, ze sie przede mną popisywał.

Aha wieczoram jest tu zimno... Ja miałam miejsce pośrodku w rikszy, chłopaki dzielnie sie trzymali w mrozie!


 

CTL czyli dlaczego tu jesteśmy!

Jakieś 5 tygodni temu zostałam zaproszona aby sędziować ligę w Indiach. Champions Tennis League to inicjatywa byłego hinduskiego zawodnika Vijaya Armirtaja.


Jedna liga, dwie strefy: północ i południe.
North Zone: Delhi, Chandigarh i Mumbai
South Zone: Hyderbad, Bangalore i Pune

Każdy team liczy 4 zawodników: legenda, gwiazda WTA, gwiazda ATP oraz zawodnik z Indii.
Do tego każda drużyna ma 2 juniorów (dziewczynę i chłopaka).

I tak grali min. Ferrero, Bruguera, Paes, Cash, Philipoussis i Enqvist.
Radwańska, Hingis, Venus Williams, Jankvic, Cornet i Muguruza.
Robredo, Baghdatis, Youzhny, Lopez, Anderson i Devvarman.

Format każdy z każdym w swojej strefie i na koniec finał z udziałem dwóch najlepszych drużyn.

W finale spotkali sie Delhi Dreams (Ferrero, Jankovic, Anderson, Singh) i Pune Marathas (Cash, Radwańska, Baghdatis)

Ligę wygrali Pune Marathas!




A teraz czas na WAKACJE!




poniedziałek, 24 listopada 2014

IST

Wiedziałam, że przyjdzie w końcu czas na tą notkę...
IST to Indian Standard Time, ale faktycznie Indian Stretchable Time (za RadekKucharski.com).
Na czym to polega? Na przykład:
1. Samolot ma odlecieć o 12.45, a w ostatnim momencie jest przekładany na 13.15.
2. Jeśli odjazd z hotelu jest wyznaczony na 10.15, a ty przyjdziesz o 10.40 to i tak wszyscy jeszcze będą się ogarniać.
3. Podczas pośpiesznej jazdy na korty kierowca proponuje ci podjechanie do lokalnych sklepików celem zakupu szala...
4. Mecz ma się zacząć o 17.00 (transmisja tv of u know what i mean ;)) - o 16.55 po korcie łazi pan ze szmato-mopem i cośtam wyciera.
5. Pociąg "FAST" (zatrzymuje się na mniejszej liczbie stacji) jedzie wolno i daje się wyprzedzić dwóm oznaczonym "SLOW"!
Obawiam się, że to się niestety udziela...
Nawet G. wygrzebuje się na kolację przez godzinę, a następnie dwa razy wraca do pokoju, bo czegoś zapomniała...
Będzie co ma być... :)

niedziela, 23 listopada 2014

Robi się gorąco...

Tak jak zapowiadałyśmy, dziś jadłyśmy śniadanie w stylu południowoindyjskim. Spotkałyśmy się z naszymi znajomymi w centrum miasta (jak my tam trafiłyśmy??) i pojechaliśmy razem do lokalnej kafejki.
Probowałyśmy trzech typów gigantycznych "naleśników" dosa, placka przypominającego pizzo-omleto-cebularz czyli uttapam i kawy parzonej w specyficzny sposób. Pycha! Kurcze, to naprawdę da się zjeść z rana!

Później wybrałyśmy się do Gate of India i popłynęłyśmy promem na  Elephanta Island. Na łódce było przyjemnie, wiał wiaterek i nie można było narzekać na pogodę. Koszmar zaczął sie podczas wędrówki do jaskiń elefanty. Temperatura wysoka, palące słońce, zero wiatru. No cóż, południe Indii! ;)

Same jaskinie są niesamowite. To zespół wyykutych w klifie grot i posągów indyjskich bóstw. Całość wpisana na listę UNESCO. Szkoda tylko, że kompleks jest bardzo zaniedbany, a śmieci walają się dosłownie wszędzie. Nasi współpasażerowie z promu nie mieli problemu z wyrzucaniem opakowań po czipsach wprost do wody.

Na koniec spacer po mieście. Mumbaj jest zupełnie inny od Delhi. Z powodu nagromadzenia kolonialnych budynków miałam dziś uczucie jakbym znalazła sie w zniszczonym Londynie (w którym jakimś cudem wyrosły palmy). Chaos panujący na ulicach jest do ogarnięcia. Miasto wydaje się być jakieś bardziej przyjazne i otwarte.

No i powrót do hotelu słynnym bombajskim pociągiem podmiejskim!! Szybko, sprawnie i bez zbędnych przygód. Kto oglądał "Smak curry"?