Tak jak zapowiadałyśmy, dziś jadłyśmy śniadanie w stylu południowoindyjskim. Spotkałyśmy się z naszymi znajomymi w centrum miasta (jak my tam trafiłyśmy??) i pojechaliśmy razem do lokalnej kafejki.
Probowałyśmy trzech typów gigantycznych "naleśników" dosa, placka przypominającego pizzo-omleto-cebularz czyli uttapam i kawy parzonej w specyficzny sposób. Pycha! Kurcze, to naprawdę da się zjeść z rana!
Później wybrałyśmy się do Gate of India i popłynęłyśmy promem na Elephanta Island. Na łódce było przyjemnie, wiał wiaterek i nie można było narzekać na pogodę. Koszmar zaczął sie podczas wędrówki do jaskiń elefanty. Temperatura wysoka, palące słońce, zero wiatru. No cóż, południe Indii! ;)
Same jaskinie są niesamowite. To zespół wyykutych w klifie grot i posągów indyjskich bóstw. Całość wpisana na listę UNESCO. Szkoda tylko, że kompleks jest bardzo zaniedbany, a śmieci walają się dosłownie wszędzie. Nasi współpasażerowie z promu nie mieli problemu z wyrzucaniem opakowań po czipsach wprost do wody.
Na koniec spacer po mieście. Mumbaj jest zupełnie inny od Delhi. Z powodu nagromadzenia kolonialnych budynków miałam dziś uczucie jakbym znalazła sie w zniszczonym Londynie (w którym jakimś cudem wyrosły palmy). Chaos panujący na ulicach jest do ogarnięcia. Miasto wydaje się być jakieś bardziej przyjazne i otwarte.
No i powrót do hotelu słynnym bombajskim pociągiem podmiejskim!! Szybko, sprawnie i bez zbędnych przygód. Kto oglądał "Smak curry"?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz