Po wyjściu z metra na stacji Chandni Chowk (umiem wymówić tą nazwę na tyle poprawnie, ze pan w okienku sprzedaje mi dobry bilet na metro! :) człowiek jest niewątpliwie skonfundowany.
Ulicy praktycznie nie ma, dookoła setki ludzi i niekończący się bazar. Miałam skojarzenie ze stacją metra Wilanowska, hmm...
Od początku pobytu mamy taką zasadę: Indus idzie, możesz iść i ty. Poszłyśmy za tłumem i dotarłyśmy na glowną ulicę. W oddali majaczył Czerwony Fort.
Najpierw jednak czas spróbować lokalnych słodyczy polecanych przez Radka (uprzejmie proszę "polubić" strone). Cholera, jak tu wybrać z tych dziesiątek kuleczek, rozków i roladek??
Zdecydowałam się na zielony rożek w sreberku (dobry, pachniał wodą różaną), roladkę z pistacjami (mniam!), kulkę o smaku mango (bez szału) i absolutnie najsmaczniejsze ciasteczko mleczne (smak kajmaku, tekstura zupełnie inna). Całość za 100 rupii czyli niecałe 6 złotych.
Czerwony Fort jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie bez powodu. Popatrzcie na zdjęcia (na razie z telefonu).
Czy pisałam już, że wszyscy chcą sobie robić z nami zdjęcia lub po prostu rozmawiać? Teraz zgadzamy się tylko na focie z kobietami ubranymi w piękne sari i w zamian robimy im zdjęcia. Niedługo zaczniemy brać za to kasę ;)
Po wizycie w Forcie wędrówka po okolicznych uliczkach. Niesamowite doświadczenie. Tam jest wszystko! Zapachy jedzenia, kadzidełek i smaru do silnika, miliony kolorów, ludzie, zwierzęta... tylko krów jakoś mało. Chciałoby się zostać na dłużej, ale ludzka rzeka płynie i niełatwo się zatrzymać. Niedosyt...
Na koniec największy meczet w Indiach Jama Masjid. Oczywiście w specjalnym ubranku dla niewiernych.
Jakoś lepiej mi w świątyniach hinduskich i sikhijskich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz