niedziela, 30 listopada 2014
Cochin
sobota, 29 listopada 2014
Dzień robala!
piątek, 28 listopada 2014
Kolory Goa
Ceny w Indiach
Ceny w Indiach zdecydowanie mnie męczą. I nie dlatego, że są wysokie. Dlatego, że mają ogromną rozpiętość.
(100 rupii zaokrąglam do 5 złotych, żeby było łatwiej liczyć)
Kolację w barze przy plaży można zjeść za około 200 rs czyli 10 złotych - tanio, nie? Ale bilet na mombajski pociąg podmiejski, druga klasa, kosztuje 10 rupii (50 groszy). Czy to znaczy, że pociąg jest supertani czy jedzenie jest drogie?
Bilet na metro w Delhi (odcinek około 20 km) to wydatek 15 rupii. Ale podobny dystans taksówką w Mombaju to koszt 560 rs!!
Najmniej zapłaciłam 2 rs za wstęp do toalety. Najwięcej... 300 rs za puszkę Coca-coli w hotelu. 30 razy więcej niż bilet na pociąg!
Możecie sobie wyobrazić to w Polsce?
Cola za 120 złotych (przy bilecie za 4 zł). Nawet najdroższe hotele są tańsze.
Albo bilet za 7 groszy (przy puszce za 2 zł).
Do tego gigantyczne różnice w cenach biletów wstępu do różnych miejsc (Taj Mahal - 750 rs dla przyjezdnych, 20 rs dla lokalesów!!, różnica niemal czterdziestokrotna!!) i można się kompletnie pogubić.
Nie wiem już co jest drogie, a co tanie. Moja głowa jednak pilnuje zer i 500 rs za taksówkę z lotniska do hotelu to dla mnie dużo. A przecież w Polsce za 25 złotych odjechałabym jakieś 3 km od domu (II strefa).... hmmm....
czwartek, 27 listopada 2014
Beeeeeaaaaachhhh
środa, 26 listopada 2014
Wszyscy jadą do Goa!
GOA!
Dwa slowa o Bombaju:
Coś jest w tym cholernie zatłoczonym mieście, ze chce się wrócić. Wczoraj szlajalam sie po okolicy wieczorem i nie mogłam sie napatrzeć i nawąchać.
A dziś doswiadczylam ewakuacji lotniska. Niezla akcja.
kurcze chcialan wiecej cos napisac, ale mily Pan przyniosl goan fish curry.
wtorek, 25 listopada 2014
Wyprawa do kina!
CTL czyli dlaczego tu jesteśmy!
poniedziałek, 24 listopada 2014
IST
IST to Indian Standard Time, ale faktycznie Indian Stretchable Time (za RadekKucharski.com).
1. Samolot ma odlecieć o 12.45, a w ostatnim momencie jest przekładany na 13.15.
2. Jeśli odjazd z hotelu jest wyznaczony na 10.15, a ty przyjdziesz o 10.40 to i tak wszyscy jeszcze będą się ogarniać.
3. Podczas pośpiesznej jazdy na korty kierowca proponuje ci podjechanie do lokalnych sklepików celem zakupu szala...
4. Mecz ma się zacząć o 17.00 (transmisja tv of u know what i mean ;)) - o 16.55 po korcie łazi pan ze szmato-mopem i cośtam wyciera.
5. Pociąg "FAST" (zatrzymuje się na mniejszej liczbie stacji) jedzie wolno i daje się wyprzedzić dwóm oznaczonym "SLOW"!
Nawet G. wygrzebuje się na kolację przez godzinę, a następnie dwa razy wraca do pokoju, bo czegoś zapomniała...
Będzie co ma być... :)
niedziela, 23 listopada 2014
Robi się gorąco...
Tak jak zapowiadałyśmy, dziś jadłyśmy śniadanie w stylu południowoindyjskim. Spotkałyśmy się z naszymi znajomymi w centrum miasta (jak my tam trafiłyśmy??) i pojechaliśmy razem do lokalnej kafejki.
Probowałyśmy trzech typów gigantycznych "naleśników" dosa, placka przypominającego pizzo-omleto-cebularz czyli uttapam i kawy parzonej w specyficzny sposób. Pycha! Kurcze, to naprawdę da się zjeść z rana!
Później wybrałyśmy się do Gate of India i popłynęłyśmy promem na Elephanta Island. Na łódce było przyjemnie, wiał wiaterek i nie można było narzekać na pogodę. Koszmar zaczął sie podczas wędrówki do jaskiń elefanty. Temperatura wysoka, palące słońce, zero wiatru. No cóż, południe Indii! ;)
Same jaskinie są niesamowite. To zespół wyykutych w klifie grot i posągów indyjskich bóstw. Całość wpisana na listę UNESCO. Szkoda tylko, że kompleks jest bardzo zaniedbany, a śmieci walają się dosłownie wszędzie. Nasi współpasażerowie z promu nie mieli problemu z wyrzucaniem opakowań po czipsach wprost do wody.
Na koniec spacer po mieście. Mumbaj jest zupełnie inny od Delhi. Z powodu nagromadzenia kolonialnych budynków miałam dziś uczucie jakbym znalazła sie w zniszczonym Londynie (w którym jakimś cudem wyrosły palmy). Chaos panujący na ulicach jest do ogarnięcia. Miasto wydaje się być jakieś bardziej przyjazne i otwarte.
No i powrót do hotelu słynnym bombajskim pociągiem podmiejskim!! Szybko, sprawnie i bez zbędnych przygód. Kto oglądał "Smak curry"?
sobota, 22 listopada 2014
Mumbaj czy Bombaj?
Przez okno samolotu
Samolot leci nisko. Przez okno najpierw widać szaropomarańczowe równiny. Potem krajobraz zmienia się na bardziej zielony. Nagle pojawiają sie wyrastające dosłownie znikąd górki, które ciągną sie dlugimi pasmami na południe. Co rusz w dole widać zapory wodne. No i rzeki. Od malych i krętych po niesamowite giganty.
piątek, 21 listopada 2014
Chandigarh
Ulice przecinają się pod katem prostym, kolejne sektory są ponumerowane, ronda też mają numery. Jest czysto i schludnie. Domy wyglądają jak w każdym innym miejscu na świecie. Dziiiwne...
Lidze chyba poswięcimy osobną notkę. Generalnie jest sympatycznie.
Najfajniejsze są rozmowy z ludźmi - dziś na przykład jeden Sikh opowiadał mi, że w 1967 był w Polsce. W Gdyni. Miał problemy z wwiezieniem dolarów. Polacy byli bardzo mili, a wszystkie kobiety miały na imię Krystyna.
czwartek, 20 listopada 2014
Posmakować wielkich gór...
To od początku.
Jadąc do Chandigarh nie dawało mi spokoju poczucie, że będę tak blisko i jednocześnie tak daleko od Himalajów.
Przeszukałam fora internetowe i inne poradniki, ale wyglądało na to, że nie da rady dojechać do i wrócić z porządnej górskiej miejscowości w jeden dzień.
Wujek Google sugerował dwie lokalizacje: Shimla (2,5 godziny jazdy samochodem) i Kasauli (1,5 godziny). Lokalesi uśmiali się z czasów przejazdu określonych powyżej i uznali, że tylko Kasauli wchodzi w grę jeśli chcemy wrócić na 18.
Tak więc należało ogarnąć transport. Hotel zażyczył sobie ponad 6500 rupii (350 pln) za przejazd w obie strony, co wydawało się trochę dużo. Ale od czego są znajomi? Znajomy znajomego znajomego zgodził się na 2200 rupii czyli 120 pln.
Pojechałyśmy z rana. Jadąc Himalayan Express wyjechałyśmy z miasta. Potem zaczęła się żmudna wspinaczka po wąskiej drodze, wyprzedzanie miliona kolorowych ciężarówek i trąbienie przed każdym zakrętem.
W Kasauli powędrowałyśmy w górę w stronę Monkey Point (Manki Point w języku hinglish ;)). Towarzyszyły nam egzotyczne ptaki, chude psy i małpy. W oddali białe ośnieżone szczyty. Zero turystów.
W końcu dotarłyśmy do bramy bazy wojskowej, na terenie której znajduje się wzgórze z niewielką świątynią. Oczywiście, tuż przed wejściem, dorwał nas miły Indus. Zażądał naszych paszportów i poinformował, że nie może nas wpuścić. Nie z nami takie numery! Idziemy do prawdziwego strażnika!
Strażnik okazał się najprzystojniejszym Indusem jakiego widziałyśmy do tej pory!! Zabrał nasze paszporty, obejrzał je dokładnie i... nie wpuścił :( Na naszych wizach jest napisane "not allowed in prohibited areas", a Monkey Point właśnie do takich miejsc należy. Ech, negocjacje nic nie dały :( a nie odpuściłyśmy łatwo...
Całe szczęście okazało się, że w Kasauli jest jeszcze jeden punkt widokowy o uroczej nazwie "Suicide Point" więc było gdzie wędrować przez kolejne 4 godziny.
Himalaya, I'll be back soon!
środa, 19 listopada 2014
Expect the unexpected: Chandigarh
Chandigarh leży niemal w Himalajach. Niemal. Góry widać z samolotu, ale po wylądowaniu czar pryska.
Jednak uparty turysta może dostać się do stanu Himachal Pradesh i spróbować doświadczyć czegoś więcej niż tylko widoku z okna. Tak więc jutro, po wielu dyskusjach i konsultacjach, wyruszamy na wycieczkę w miejsce z którego już podobno widać Himalaje!!
Raniutko wyruszamy do Kasauli i bedziemy próbować wspiąć się do Monkey Point.
Jednak najprzyjemniejsza niespodzianka zdarzyła nam się dziś wieczorem! Kolacja u prawdziwej indyjskiej rodziny w ich domu!! Zaczęliśmy od przekąsek - m.in. pakistańskich migdałów. Potem jedliśmy fantastyczne curry z kurczaka. Nie za ostre, nie za łagodne, genialnie przyprawione kolendrą. Do tego ryż i domowy naan. Na koniec orzechy w karmelu.
Gospodarze zrobili sobie z nami z setkę zdjęć i wydawali się być równie zachwyceni naszymi odwiedzinami jak my wizytą :)
Aa, na koniec żuliśmy paan (betel) czyli płatki różane w syropie cukrowym owinięte w liście pieprzu żuwnego (za Wikipedią). To coś w rodzaju używki. Ciekawe w smaku i zapachu - już wiem co miał przypominać mój wczorajszy rożek!
PS. Rozpoczęłyśmy też poszukiwania kurti. G chce takie jak poniżej.































