niedziela, 30 listopada 2014

Cochin

Do Koczin leciałyśmy liniami spice jet, których kazdy samolot ma nazwę innej przyprawy. My leciałyśmy anyżkiem fuuujjj...

Specjalnie dla kolegi Grzesia (M.)

W ogóle z obserwacji Indii wynika, ze tu do każdej pracy potrzeba dwa razy więcej ludzi...

Na lotniskach 50 razy zatrzymują i stempluja torby potem 50 razy sprawdzają te stemple... Do rozładunku bagażu przylatuje wesoła ekipa z 10 panów i chyba więcej tam jest śmiechu niż pracy... Dziś przy wysiadaniu z samolotu ta wataha hindusów nie ogarnęła przystawienia schodów haha


Tak poza tym jesteśmy już Kerali, w Kochin. Straaaasznie duzo tu turystów, pseudo hindi albo wyglaszajacych hasła free Tybet i z ogoloną głowa... Nie lubimy...

Z lotniska do naszego noclegu jechałyśmy taxi, która potem musiała wjechać na prom! Bo tutaj to taka trochę hinduska Wenecja.

Jutro dzien zwiedzania a wieczorem jeszcze bardziej na południe - kierunek Varkala.




sobota, 29 listopada 2014

Dzień robala!

Dzisiejszy dzien w Goa zaczął sie troszkę nerwowo... Jako, że mieszkamy w bambusowym domku na plaży to siłą rzeczy dzielimy go z innymi lokatorami...

Np. koleżanka żaba spod prysznica czy chuda jaszurka zza plecaka. Był jeszcze jeden większy jaszczur ale dzisiejsza niespodzianka to wielki robal buszujący w środku walizki. Skończyło sie tak, ze walizka wylądowała na werandzie (z piskami w tle)!

Na śniadaniu w mleku z płatkami a raczej w płatkach z mlekiem, znalazłam ze dwie mrówki.

Pozostałą część dnia  spędziliśmy leżąc w cieniu łódki! Haha, tak tak, jest upalnie a przy łódce miło wieje wiatr od morza (arabskiego)!



Woda jest cudownie ciepła i ja byłam dziś  milion razy popluskać sie.

Na lunch postanowiłyśmy sie nie najadać i kupiliśmy ananasa. 



Ananas okazał sie gigantem, wiec z przejedzenia poszłyśmy z powrotem na plaże!

Tym razem więcej cienia bo M nie opanowała instrukcji obsługi plaży! I G tez już sie zabrazowiła i zaróżowiła miejscami.


Kolejny zachód słońca...

Jutro Kochi, Kerala!








piątek, 28 listopada 2014

Kolory Goa

Co tu robić cały dzien w Goa?
Spać sie nie da bo morze szumi...
Trzeba plażować! Woda jest perfekcyjna! A wieczorem robi sie cieplejsza niż powietrze...

Codziennie tez pięknie zachodzi słońce!
Chyba najpiękniejszy zachód słońca jaki widziałam...


Poza tym jemy ciagle stop u Eltona... Haha 
Jest jakiś najnormalniejszy i ma fantastyczne jedzenie. Ma tez pięknego szczeniaczka!



Ceny w Indiach

Ceny w Indiach zdecydowanie mnie męczą. I nie dlatego, że są wysokie. Dlatego, że mają ogromną rozpiętość.

(100 rupii zaokrąglam do 5 złotych, żeby było łatwiej liczyć)

Kolację w barze przy plaży można zjeść za około 200 rs czyli 10 złotych - tanio, nie? Ale bilet na mombajski pociąg podmiejski, druga klasa, kosztuje 10 rupii (50 groszy). Czy to znaczy, że pociąg jest supertani czy jedzenie jest drogie?

Bilet na metro w Delhi (odcinek około 20 km) to wydatek 15 rupii. Ale podobny dystans taksówką w Mombaju to koszt 560 rs!!

Najmniej zapłaciłam 2 rs za wstęp do toalety. Najwięcej... 300 rs za puszkę Coca-coli w hotelu. 30 razy więcej niż bilet na pociąg!

Możecie sobie wyobrazić to w Polsce?
Cola za 120 złotych (przy bilecie za 4 zł). Nawet najdroższe hotele są tańsze.
Albo bilet za 7 groszy (przy puszce za 2 zł).

Do tego gigantyczne różnice w cenach biletów wstępu do różnych miejsc (Taj Mahal - 750 rs dla przyjezdnych, 20 rs dla lokalesów!!, różnica niemal czterdziestokrotna!!) i można się kompletnie pogubić.

Nie wiem już co jest drogie, a co tanie. Moja głowa jednak pilnuje zer i 500 rs za taksówkę z lotniska do hotelu to dla mnie dużo. A przecież w Polsce za 25 złotych odjechałabym jakieś 3 km od domu (II strefa).... hmmm....

czwartek, 27 listopada 2014

Beeeeeaaaaachhhh

Jesteśmy już obie w Goa!

Inna strona Indii! Pięknie, spokojnie, plaża, ciepłe morze Arabskie...

3 dni nic nie robienia! Jest pięknie!







środa, 26 listopada 2014

Wszyscy jadą do Goa!

Okazuje się, ze nie tylko my miałyśmy tak genialny pomysł aby po lidze odpocząć na południowo zachodnim wybrzeżu Indii! Połowa ludzi pracujących przy turnieju też się tam wybiera a nawet kilku zawodników!

Somdev Devvarman nawet zaproponował abyśmy sie cała grupą spotkali na Goa i dawał mi swój numer telefonu i maila...

M już tam jest a ja będę za pare godzin!



GOA!

A ja po samodzielnie spedzonym dniu w Bombaju dotarlam do Goa!

Dwa slowa o Bombaju:
Coś jest w tym cholernie zatłoczonym mieście, ze chce się wrócić. Wczoraj szlajalam sie po okolicy wieczorem i nie mogłam sie napatrzeć i nawąchać.
A dziś doswiadczylam ewakuacji lotniska. Niezla akcja.

kurcze chcialan wiecej cos napisac, ale mily Pan przyniosl goan fish curry.



wtorek, 25 listopada 2014

Wyprawa do kina!

Dziś rozdzielilyśmy sie z M na dwie noce, jako ze ja musiałam wrócić do Delhi na finał ligi. 

Lot był znów wielkim przedsięwzięciem. Na raz odprawiało sie 40 osób i jak tu zrobić żeby nie zapłacić nadbagażu bo tu w Indiach standardowy limit to 15kg. Udało sie! Aha Leander Paes jest tutaj traktowany jak król! Przyjechał na lotnisko  40min przed lotem a na pokład wszedł dosłownie 15min przed wylotem. Z pocałowaniem ręki go witano!

W Delhi kolejny wypasiony hotel, tuż obok Gate of India.


Ale co tam, nie będziemy przecież siedzieć w hotelu. Moi znajomi zabrali mnie wiec na kolacje w wielkim nowoczesnym centrum handlowym.

Chińska restauracja, dim sum, niemieckie piwo i mojito! Co za mix!


Ale głównym celem wyprawy był wypad do kina. Poszliśmy na film z Denzelem Washingtonem Equalizer. Dobry ale brutalny, przy 10 trupie przestałam liczyć!

Kino prawie jak polskie ale... Ostatni rząd to nowoczesne rozkładane fotele z podnóżkami jak biznes klasa w samolocie! Film na leżąco? Proszę bardzo!

Fotele standardowe tez lekko sie rozkładają! A w połowie filmu jest krótka przerwa reklamowa na toaletę i zakup dodatkowego popcornu!

Nowoczesne Indie!!!!!


Film okazał sie bardzo długi i jak tu wrócić do hotelu na drugim końcu miasta? Przecież jak riksiaz usłyszy nazwę hotelu to nas oskubie. Trochę ściemniania i nasza riksza w 20min była na miejscu a to za niecałe 15zl. Sunął niczym bolidem F1 ponoć dlatego, ze sie przede mną popisywał.

Aha wieczoram jest tu zimno... Ja miałam miejsce pośrodku w rikszy, chłopaki dzielnie sie trzymali w mrozie!


 

CTL czyli dlaczego tu jesteśmy!

Jakieś 5 tygodni temu zostałam zaproszona aby sędziować ligę w Indiach. Champions Tennis League to inicjatywa byłego hinduskiego zawodnika Vijaya Armirtaja.


Jedna liga, dwie strefy: północ i południe.
North Zone: Delhi, Chandigarh i Mumbai
South Zone: Hyderbad, Bangalore i Pune

Każdy team liczy 4 zawodników: legenda, gwiazda WTA, gwiazda ATP oraz zawodnik z Indii.
Do tego każda drużyna ma 2 juniorów (dziewczynę i chłopaka).

I tak grali min. Ferrero, Bruguera, Paes, Cash, Philipoussis i Enqvist.
Radwańska, Hingis, Venus Williams, Jankvic, Cornet i Muguruza.
Robredo, Baghdatis, Youzhny, Lopez, Anderson i Devvarman.

Format każdy z każdym w swojej strefie i na koniec finał z udziałem dwóch najlepszych drużyn.

W finale spotkali sie Delhi Dreams (Ferrero, Jankovic, Anderson, Singh) i Pune Marathas (Cash, Radwańska, Baghdatis)

Ligę wygrali Pune Marathas!




A teraz czas na WAKACJE!




poniedziałek, 24 listopada 2014

IST

Wiedziałam, że przyjdzie w końcu czas na tą notkę...
IST to Indian Standard Time, ale faktycznie Indian Stretchable Time (za RadekKucharski.com).
Na czym to polega? Na przykład:
1. Samolot ma odlecieć o 12.45, a w ostatnim momencie jest przekładany na 13.15.
2. Jeśli odjazd z hotelu jest wyznaczony na 10.15, a ty przyjdziesz o 10.40 to i tak wszyscy jeszcze będą się ogarniać.
3. Podczas pośpiesznej jazdy na korty kierowca proponuje ci podjechanie do lokalnych sklepików celem zakupu szala...
4. Mecz ma się zacząć o 17.00 (transmisja tv of u know what i mean ;)) - o 16.55 po korcie łazi pan ze szmato-mopem i cośtam wyciera.
5. Pociąg "FAST" (zatrzymuje się na mniejszej liczbie stacji) jedzie wolno i daje się wyprzedzić dwóm oznaczonym "SLOW"!
Obawiam się, że to się niestety udziela...
Nawet G. wygrzebuje się na kolację przez godzinę, a następnie dwa razy wraca do pokoju, bo czegoś zapomniała...
Będzie co ma być... :)

niedziela, 23 listopada 2014

Robi się gorąco...

Tak jak zapowiadałyśmy, dziś jadłyśmy śniadanie w stylu południowoindyjskim. Spotkałyśmy się z naszymi znajomymi w centrum miasta (jak my tam trafiłyśmy??) i pojechaliśmy razem do lokalnej kafejki.
Probowałyśmy trzech typów gigantycznych "naleśników" dosa, placka przypominającego pizzo-omleto-cebularz czyli uttapam i kawy parzonej w specyficzny sposób. Pycha! Kurcze, to naprawdę da się zjeść z rana!

Później wybrałyśmy się do Gate of India i popłynęłyśmy promem na  Elephanta Island. Na łódce było przyjemnie, wiał wiaterek i nie można było narzekać na pogodę. Koszmar zaczął sie podczas wędrówki do jaskiń elefanty. Temperatura wysoka, palące słońce, zero wiatru. No cóż, południe Indii! ;)

Same jaskinie są niesamowite. To zespół wyykutych w klifie grot i posągów indyjskich bóstw. Całość wpisana na listę UNESCO. Szkoda tylko, że kompleks jest bardzo zaniedbany, a śmieci walają się dosłownie wszędzie. Nasi współpasażerowie z promu nie mieli problemu z wyrzucaniem opakowań po czipsach wprost do wody.

Na koniec spacer po mieście. Mumbaj jest zupełnie inny od Delhi. Z powodu nagromadzenia kolonialnych budynków miałam dziś uczucie jakbym znalazła sie w zniszczonym Londynie (w którym jakimś cudem wyrosły palmy). Chaos panujący na ulicach jest do ogarnięcia. Miasto wydaje się być jakieś bardziej przyjazne i otwarte.

No i powrót do hotelu słynnym bombajskim pociągiem podmiejskim!! Szybko, sprawnie i bez zbędnych przygód. Kto oglądał "Smak curry"?

sobota, 22 listopada 2014

Mumbaj czy Bombaj?

Dziś jesteśmy już w Mumbaju lub jak kto woli Bombaju. Kolejny hotel z serii 'lekko oderwanych od rzeczywistosci'.

Od razu można odczuć, ze to największe miasto w Indiach pod względem liczby mieszkańców. Panuje generalny chaos... Pełno ludzi i samochodów... Co ciekawe riksze nie mogą wjeżdżać do ścisłego centrum miasta!

Dzisiejszy dzień w podróży już prawie moznaby uznać za zmarnowany gdyby nie... kolacja w kolejnym hinduskim domu, u naszego kolegi Nitina.

Mieszkanie zupełnie inne od tego, które widziałyśmy w Chandigarh. Bardziej przestronne i nowoczesne.

Dziś na kolacje był Hyderbad chicken, plus jajka w curry (!) oraz domowy chapati a na deser lemon tart, upieczona przez najmłodszego z rodziny Kannamwar.




Wieczór był bardzo sympatyczny i szybko okazało sie jak wiele wspólnych tematów mamy.

Magda z Arya gadała o weterynarii, fotografii oraz pieczeniu! Arya marzy o KitchenAid, takim jak ma M. Chce także zostać weterynarzem.

Starszy syn studiuje sports Management!
Aż chce sie powiedzieć niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Żona Nitina ma salon piękności: fryzury, makijaże, henna, dekoracje...



Jutro idziemy na wspólne niedzielne śniadanie w prawdziwie indyjskim stylu.

Dobranoc!


 

Przez okno samolotu

Podróż samolotem do Mombaju to niemal lot widokowy.
Samolot leci nisko. Przez okno najpierw widać szaropomarańczowe równiny. Potem krajobraz zmienia się na bardziej zielony. Nagle pojawiają sie wyrastające dosłownie znikąd górki, które ciągną sie dlugimi pasmami na południe. Co rusz w dole widać zapory wodne. No i rzeki. Od malych i krętych po niesamowite giganty.




piątek, 21 listopada 2014

Chandigarh

Dzień w mieście, w którym nic nie ma.
Ulice przecinają się pod katem prostym, kolejne sektory są ponumerowane, ronda też mają numery. Jest czysto i schludnie. Domy wyglądają jak w każdym innym miejscu na świecie. Dziiiwne...
Podczas gdy G odpoczywała po nocnych rozgrywkach, ja postanowiłam zwiedzić opisywany w przewodnikach Rock Garden. I co więcej - dotrzeć do niego pieszo (6 km). Po drodze nikt mnie nie okradł, nie zabił i nie zgwałcił. Chyba się zadomowiłam :)
Sam park jest... hmm... dziwny. "Pachnie" trochę Parc Guell w Barcelonie, ale "instalacje" w nim wykonane są ze zużytej ceramiki łazienkowej. Sama nie wiem czy to ładne czy nie. Niewątpliwie ciekawe, z tym że dziś największą atrakcją parku byłam ja! No bo po co fotografować otoczenie i dzieła szalonego artysty jak można zrobić zdjęcie samotnej białej kobiecie ;)
Szybki powrót do hotelu rikszą (jak jest potrzebna to akurat żadnej nie ma w pobliżu!) i popołudniowa wizyta na kortach.
Lidze chyba poswięcimy osobną notkę. Generalnie jest sympatycznie.
Najfajniejsze są rozmowy z ludźmi - dziś na przykład jeden Sikh opowiadał mi, że w 1967 był w Polsce. W Gdyni. Miał problemy z wwiezieniem dolarów. Polacy byli bardzo mili, a wszystkie kobiety miały na imię Krystyna. 





czwartek, 20 listopada 2014

Posmakować wielkich gór...

To od początku.
Jadąc do Chandigarh nie dawało mi spokoju poczucie, że będę tak blisko i jednocześnie tak daleko od Himalajów.
Przeszukałam fora internetowe i inne poradniki, ale wyglądało na to, że  nie da rady dojechać do i wrócić z porządnej górskiej miejscowości w jeden dzień.

Wujek Google sugerował dwie lokalizacje: Shimla (2,5 godziny jazdy samochodem) i Kasauli (1,5 godziny). Lokalesi uśmiali się z czasów przejazdu określonych powyżej i uznali, że tylko Kasauli wchodzi w grę jeśli chcemy wrócić na 18.

Tak więc należało ogarnąć transport. Hotel zażyczył sobie ponad 6500 rupii (350 pln) za przejazd w obie strony, co wydawało się trochę dużo. Ale od czego są znajomi? Znajomy znajomego znajomego zgodził się na 2200 rupii czyli 120 pln.

Pojechałyśmy z rana. Jadąc Himalayan Express wyjechałyśmy z miasta. Potem zaczęła się żmudna wspinaczka po wąskiej drodze, wyprzedzanie miliona kolorowych ciężarówek i trąbienie przed każdym zakrętem.

W Kasauli powędrowałyśmy w górę w stronę Monkey Point (Manki Point w języku hinglish ;)). Towarzyszyły nam egzotyczne ptaki, chude psy i małpy. W oddali białe ośnieżone szczyty. Zero turystów.

W końcu dotarłyśmy do bramy bazy wojskowej, na terenie której znajduje się wzgórze z niewielką świątynią. Oczywiście, tuż przed wejściem, dorwał nas miły Indus. Zażądał naszych paszportów i poinformował, że nie może nas wpuścić. Nie z nami takie numery! Idziemy do prawdziwego strażnika!

Strażnik okazał się najprzystojniejszym Indusem jakiego widziałyśmy do tej pory!! Zabrał nasze paszporty, obejrzał je dokładnie i... nie wpuścił :( Na naszych wizach jest napisane "not allowed in prohibited areas", a Monkey Point właśnie do takich miejsc należy. Ech, negocjacje nic nie dały :( a nie odpuściłyśmy łatwo...

Całe szczęście okazało się, że w Kasauli jest jeszcze jeden punkt widokowy o uroczej nazwie "Suicide Point" więc było gdzie wędrować przez kolejne 4 godziny.

Himalaya, I'll be back soon!

środa, 19 listopada 2014

Expect the unexpected: Chandigarh

Chandigarh leży niemal w Himalajach. Niemal. Góry widać z samolotu, ale po wylądowaniu czar pryska.

Jednak uparty turysta może dostać się do stanu Himachal Pradesh i spróbować doświadczyć czegoś więcej niż tylko widoku z okna. Tak więc jutro, po wielu dyskusjach i konsultacjach, wyruszamy na wycieczkę w miejsce z którego już podobno widać Himalaje!!

Raniutko wyruszamy do Kasauli i bedziemy próbować wspiąć się do Monkey Point.

Jednak najprzyjemniejsza niespodzianka zdarzyła nam się dziś wieczorem! Kolacja u prawdziwej indyjskiej rodziny w ich domu!! Zaczęliśmy od przekąsek - m.in. pakistańskich migdałów. Potem jedliśmy fantastyczne curry z kurczaka. Nie za ostre, nie za łagodne, genialnie przyprawione kolendrą. Do tego ryż i domowy naan. Na koniec orzechy w karmelu.
Gospodarze zrobili sobie z nami z setkę zdjęć i wydawali się być równie zachwyceni naszymi odwiedzinami jak my wizytą :)

Aa, na koniec żuliśmy paan (betel) czyli płatki różane w syropie cukrowym owinięte w liście pieprzu żuwnego (za Wikipedią). To coś w rodzaju używki. Ciekawe w smaku i zapachu - już wiem co miał przypominać mój wczorajszy rożek!

PS. Rozpoczęłyśmy też poszukiwania kurti. G chce takie jak poniżej.