Dzień w mieście, w którym nic nie ma.
Ulice przecinają się pod katem prostym, kolejne sektory są ponumerowane, ronda też mają numery. Jest czysto i schludnie. Domy wyglądają jak w każdym innym miejscu na świecie. Dziiiwne...
Ulice przecinają się pod katem prostym, kolejne sektory są ponumerowane, ronda też mają numery. Jest czysto i schludnie. Domy wyglądają jak w każdym innym miejscu na świecie. Dziiiwne...
Podczas gdy G odpoczywała po nocnych rozgrywkach, ja postanowiłam zwiedzić opisywany w przewodnikach Rock Garden. I co więcej - dotrzeć do niego pieszo (6 km). Po drodze nikt mnie nie okradł, nie zabił i nie zgwałcił. Chyba się zadomowiłam :)
Sam park jest... hmm... dziwny. "Pachnie" trochę Parc Guell w Barcelonie, ale "instalacje" w nim wykonane są ze zużytej ceramiki łazienkowej. Sama nie wiem czy to ładne czy nie. Niewątpliwie ciekawe, z tym że dziś największą atrakcją parku byłam ja! No bo po co fotografować otoczenie i dzieła szalonego artysty jak można zrobić zdjęcie samotnej białej kobiecie ;)
Szybki powrót do hotelu rikszą (jak jest potrzebna to akurat żadnej nie ma w pobliżu!) i popołudniowa wizyta na kortach.
Lidze chyba poswięcimy osobną notkę. Generalnie jest sympatycznie.
Najfajniejsze są rozmowy z ludźmi - dziś na przykład jeden Sikh opowiadał mi, że w 1967 był w Polsce. W Gdyni. Miał problemy z wwiezieniem dolarów. Polacy byli bardzo mili, a wszystkie kobiety miały na imię Krystyna.
Lidze chyba poswięcimy osobną notkę. Generalnie jest sympatycznie.
Najfajniejsze są rozmowy z ludźmi - dziś na przykład jeden Sikh opowiadał mi, że w 1967 był w Polsce. W Gdyni. Miał problemy z wwiezieniem dolarów. Polacy byli bardzo mili, a wszystkie kobiety miały na imię Krystyna.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz