czwartek, 20 listopada 2014

Posmakować wielkich gór...

To od początku.
Jadąc do Chandigarh nie dawało mi spokoju poczucie, że będę tak blisko i jednocześnie tak daleko od Himalajów.
Przeszukałam fora internetowe i inne poradniki, ale wyglądało na to, że  nie da rady dojechać do i wrócić z porządnej górskiej miejscowości w jeden dzień.

Wujek Google sugerował dwie lokalizacje: Shimla (2,5 godziny jazdy samochodem) i Kasauli (1,5 godziny). Lokalesi uśmiali się z czasów przejazdu określonych powyżej i uznali, że tylko Kasauli wchodzi w grę jeśli chcemy wrócić na 18.

Tak więc należało ogarnąć transport. Hotel zażyczył sobie ponad 6500 rupii (350 pln) za przejazd w obie strony, co wydawało się trochę dużo. Ale od czego są znajomi? Znajomy znajomego znajomego zgodził się na 2200 rupii czyli 120 pln.

Pojechałyśmy z rana. Jadąc Himalayan Express wyjechałyśmy z miasta. Potem zaczęła się żmudna wspinaczka po wąskiej drodze, wyprzedzanie miliona kolorowych ciężarówek i trąbienie przed każdym zakrętem.

W Kasauli powędrowałyśmy w górę w stronę Monkey Point (Manki Point w języku hinglish ;)). Towarzyszyły nam egzotyczne ptaki, chude psy i małpy. W oddali białe ośnieżone szczyty. Zero turystów.

W końcu dotarłyśmy do bramy bazy wojskowej, na terenie której znajduje się wzgórze z niewielką świątynią. Oczywiście, tuż przed wejściem, dorwał nas miły Indus. Zażądał naszych paszportów i poinformował, że nie może nas wpuścić. Nie z nami takie numery! Idziemy do prawdziwego strażnika!

Strażnik okazał się najprzystojniejszym Indusem jakiego widziałyśmy do tej pory!! Zabrał nasze paszporty, obejrzał je dokładnie i... nie wpuścił :( Na naszych wizach jest napisane "not allowed in prohibited areas", a Monkey Point właśnie do takich miejsc należy. Ech, negocjacje nic nie dały :( a nie odpuściłyśmy łatwo...

Całe szczęście okazało się, że w Kasauli jest jeszcze jeden punkt widokowy o uroczej nazwie "Suicide Point" więc było gdzie wędrować przez kolejne 4 godziny.

Himalaya, I'll be back soon!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz