Chandigarh leży niemal w Himalajach. Niemal. Góry widać z samolotu, ale po wylądowaniu czar pryska.
Jednak uparty turysta może dostać się do stanu Himachal Pradesh i spróbować doświadczyć czegoś więcej niż tylko widoku z okna. Tak więc jutro, po wielu dyskusjach i konsultacjach, wyruszamy na wycieczkę w miejsce z którego już podobno widać Himalaje!!
Raniutko wyruszamy do Kasauli i bedziemy próbować wspiąć się do Monkey Point.
Jednak najprzyjemniejsza niespodzianka zdarzyła nam się dziś wieczorem! Kolacja u prawdziwej indyjskiej rodziny w ich domu!! Zaczęliśmy od przekąsek - m.in. pakistańskich migdałów. Potem jedliśmy fantastyczne curry z kurczaka. Nie za ostre, nie za łagodne, genialnie przyprawione kolendrą. Do tego ryż i domowy naan. Na koniec orzechy w karmelu.
Gospodarze zrobili sobie z nami z setkę zdjęć i wydawali się być równie zachwyceni naszymi odwiedzinami jak my wizytą :)
Aa, na koniec żuliśmy paan (betel) czyli płatki różane w syropie cukrowym owinięte w liście pieprzu żuwnego (za Wikipedią). To coś w rodzaju używki. Ciekawe w smaku i zapachu - już wiem co miał przypominać mój wczorajszy rożek!
PS. Rozpoczęłyśmy też poszukiwania kurti. G chce takie jak poniżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz