Ceny w Indiach zdecydowanie mnie męczą. I nie dlatego, że są wysokie. Dlatego, że mają ogromną rozpiętość.
(100 rupii zaokrąglam do 5 złotych, żeby było łatwiej liczyć)
Kolację w barze przy plaży można zjeść za około 200 rs czyli 10 złotych - tanio, nie? Ale bilet na mombajski pociąg podmiejski, druga klasa, kosztuje 10 rupii (50 groszy). Czy to znaczy, że pociąg jest supertani czy jedzenie jest drogie?
Bilet na metro w Delhi (odcinek około 20 km) to wydatek 15 rupii. Ale podobny dystans taksówką w Mombaju to koszt 560 rs!!
Najmniej zapłaciłam 2 rs za wstęp do toalety. Najwięcej... 300 rs za puszkę Coca-coli w hotelu. 30 razy więcej niż bilet na pociąg!
Możecie sobie wyobrazić to w Polsce?
Cola za 120 złotych (przy bilecie za 4 zł). Nawet najdroższe hotele są tańsze.
Albo bilet za 7 groszy (przy puszce za 2 zł).
Do tego gigantyczne różnice w cenach biletów wstępu do różnych miejsc (Taj Mahal - 750 rs dla przyjezdnych, 20 rs dla lokalesów!!, różnica niemal czterdziestokrotna!!) i można się kompletnie pogubić.
Nie wiem już co jest drogie, a co tanie. Moja głowa jednak pilnuje zer i 500 rs za taksówkę z lotniska do hotelu to dla mnie dużo. A przecież w Polsce za 25 złotych odjechałabym jakieś 3 km od domu (II strefa).... hmmm....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz